Odbieraliśmy 100 porodów dziennie

– Tych ataków bombowych nie zapomnę nigdy… Sri Lanka. Mój drugi wyjazd z organizacją do tego kraju. Dźwięk nadlatujących samolotów pojawiał się nagle, a gdy narastał, rzucaliśmy wszystko i chowaliśmy się… pod stołem, z którego najpierw ściągaliśmy właśnie rodzącą kobietę… – wspomina Katarzyna Russell, położna, współpracująca z Lekarzami bez Granic.      

Ta moja droga była dość kręta
Kiedy na początku lat 80. skończyłam Medyczne Studium Zawodowe w Katowicach, pracy dla położnych nie było. Znalazłam pracę w biurze, ale byłam niespokojnym duchem, chciałam działać, angażować się, więc szukałam czegoś innego. Lekarzy bez Granic poznałam podczas podróży służbowej do Francji. I od razu byłam pewna, że znalazłam właściwe dla siebie miejsce.

Już z Polski zadzwoniłam do biura w Paryżu. Ja nie znałam francuskiego, oni angielskiego. Dostałam więc numer telefonu do biura w Londynie. Brytyjczycy skierowali mnie z kolei do Austrii, bo Polska była w obszarze ich działań. Od nich dowiedziałam się co zrobić, aby przyłączyć się do Lekarzy bez Granic. Najpierw skończyłam kurs medycyny tropikalnej w Instytucie Medycyny Morskiej i Tropikalnej w Gdyni, a potem… Czekałam. Na pierwszy projekt pojechałam po dwóch latach.

Armenia „podnosiła się” po tragicznym trzęsieniu ziemi
Był rok 1988. Pojechałam tam, przyznaję, nieco zawiedziona, że nie wysłano mnie do któregoś z krajów afrykańskich. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że Lekarze bez Granic nie działają tylko w Afryce i Azji, ale na całym świecie, także blisko, jak w Armenii, albo, tak jak teraz, w Ukrainie.   

Ten pierwszy wyjazd był spokojny. Armenia odbudowywała się, ale małe wioski, szczególnie górskie, nie miały dostępu do opieki medycznej. Wspólnie z lokalnymi lekarkami odwiedzałam kobiety w 17 wsiach, aby pomóc im w typowych problemach ginekologicznych. Odpowiadałam tam bardziej za logistykę działań, ale mój entuzjazm nie osłabł i z radością przyjęłam wiadomość, że przydzielono mnie do drugiego projektu. Projektu, który zmienił moje życie…  

Poznaliśmy się dzięki… Tamilskim Tygrysom
Tak sobie czasem z mężem żartujemy. Ale dopiero teraz… Wtedy, w 1989 r., kiedy się poznaliśmy, na Sri Lance trwała wojna między państwową armią a Tamilskimi Tygrysami, którzy żądali utworzenia niepodległego państwa Ilam w północnej części kraju. Lekarze bez Granic udzielali tam pomocy wszystkim pacjentom, niezależnie od ich przynależności politycznej. Mnie przydzielono do szpitala z oddziałem położniczym, aby wspierała miejscowych położników. Pewnego dnia przedarł się do nas przez linię frontu Bruce. Był Anglikiem i odpowiadał za logistykę, czyli m.in. dostawy leków etc. Miał zostać jeden dzień, ale został trzy tygodnie, bo doszło do nowych walk i linia frontu załamała się. Tak zaczęła się nasza miłość, która trwa do dziś.

Foto: Katarzyna Russell – archiwum prywatne

Na Sri Lankę wróciliśmy z Brucem w 2008 r., oboje w ramach współpracy z Lekarzami bez Granic. Pracowaliśmy w szpitalu w stolicy państwa tamilskiego. Wojna jeszcze trwała, ale ówczesny prezydent postanowił zakończyć ją serią brutalnych nalotów bombowych. W tak groźnych warunkach pracowałam po raz pierwszy. Do dziś słyszę w uszach dźwięk nadlatujących samolotów. Pamiętam strach, gdy na sali porodowej szukaliśmy schronienia przed spadającymi bombami i dla siebie i dla rodzących właśnie kobiet… Wróciłam z Sri Lanki z zespołem stresu pourazowego. Długi czas żyłam w stanie wiecznego czuwania, czekając na samoloty i wybuchy…

Foto: Katarzyna Russell – archiwum prywatne

Do Afganistanu chętnie wracam, chociaż…
Wspólnie z Lekarzami bez Granic byłam w tym kraju 4 razy: w 2000 r. – za rządu Talibów; w 2002 r. – już po ataku terrorystycznym z 11 września; a potem w 2017 i 2019 r. Miałam więc okazję patrzeć na transformację tego kraju. W dwóch pierwszych projektach pracowałam jako położna środowiskowa, a w kolejnych w szpitalu utworzonym przez Lekarzy bez Granic w miejscowości Khost, w bardzo tradycyjnej prowincji blisko granicy z Pakistanem. Szpital miał oddział położniczy z niewielką neonatologią. Zatrudniał dużo lokalnych położnych (także wyszkolonych w pobliskiej szkole dla położnych), które często były jedynymi żywicielkami swoich rodzin. Do szpitala mógł przyjść, przyjechać każdy, kto potrzebował pomocy medycznej – nawet z terenów bardzo oddalonych. Każdego dnia odbieraliśmy tam ok. 100 porodów.

Pamiętam kobietę, która zaczęła rodzić w swojej wiosce. Nie mogła urodzić łożyska, więc jej rodzina wsadziła ją do samochodu, aby przywieźć do nas. Po drodze zatrzymali się u miejscowej akuszerki, ale i ona nie pomogła. I nic dziwnego. Okazało się, że w macicy jest jeszcze jedno dziecko. Wyciągnęliśmy więc najpierw maleństwo, a potem łożysko. Ale nie wszystkie akcje kończyły się szczęśliwie… Z powodu dużych odległości kobiety w Afganistanie w wielu miejscach pozbawione są dostępu do podstawowej opieki medycznej. Wiele z nich rodzi w domach, w bardzo trudnych warunkach. Mieliśmy wiele pacjentek z komplikacjami okołoporodowymi, rzucawką i krwotokami poporodowymi. Ale też w wielu przypadkach już nie mogliśmy pomóc…

Foto: Katarzyna Russell – archiwum prywatne

Szybko znalazłam wspólny język z miejscowymi położnymi. Jako kobieta musiałam się dostosować do wielu zasad postępowania nakładanych na  miejscowe kobiety. Na przykład zawsze podróżowałam z tzw. mahramem, czyli męskim opiekunem, którym był jeden z pracowników projektu. Miałam jednak możliwość przyjrzenia się obu światom, które tam istnieją: męskiemu i kobiecemu, które tradycyjnie nie mają do siebie dostępu. Wciąż darzę Afganistan dużym sentymentem i chętnie do niego wracam. Ale…

Trudno mi jednak patrzeć jak zmienia się świat tamtejszych kobiet. Kiedy byłam tam ostatni raz, jeszcze mogły uczyć się i pracować. Obecnie te prawa utraciły. Afganistan to kraj, w którym wielodzietność to tradycja, a o pozycji kobiety w rodzinie i społeczeństwie stanowi liczba dzieci, które urodziła. A kobietą może opiekować się i leczyć tylko inna kobieta. W sytuacji, gdy wykształcone położne przestaną pracować, Afganki zostaną pozbawione nawet podstawowej opieki medycznej…  

Brałam udział w 14 projektach Lekarzy bez Granic
Między innymi w Sudanie Południowym w szpitalu na pustkowiu i w Hebronie (mieście na Zachodnim Brzegu Jordanu, w Autonomii Palestyńskiej) gdzie najpierw niosłam pomoc medyczną plemionom palestyńskim rozsianym po Pustyni Judzkiej, a potem pracowałam w tzw. strefie H2 w Hebronie, oddzielonej od reszty miasta drutem kolczastym. Byłam także w Erytrei, Bangladeszu i Pakistanie. I na tym nie koniec…

Kilka lat mieszkaliśmy z Brucem w Wielkiej Brytanii. Chcieliśmy „żyć normalnie”, ale  szybko zaczęło nas znowu gdzieś gnać i tak jest do dziś. Zmieniliśmy tylko miejsce, z którego wyruszamy, aby realizować kolejne projekty Lekarzy bez Granic. Osiedliliśmy się w Polsce i teraz wyjeżdżamy oddzielnie, starając się spędzać ze sobą przynajmniej pół roku.   

W 2006 r. biuro w Berlinie poprosiło nas, abyśmy zorientowali się, jaka jest możliwość otwarcia biura Lekarzy bez Granic w Polsce. Znaleźliśmy i możliwości, i miejsce. Polskie biuro Lekarzy bez Granic działa od 2022 r., a my czujemy się jego rodzicami chrzestnymi.

Ta praca to nasze życie i pasja
W ramach projektów realizowanych przez Lekarzy bez Granic, ja i Bruce, niesiemy pomoc za granicą – tam, gdzie trwają wojny, konflikty zbrojne, klęski żywiołowe, albo po prostu jest bieda, bo tam jesteśmy bardziej potrzebni. A możemy działać w tak wielu miejscach przede wszystkim dzięki niezależności finansowej. Bo działania Lekarzy bez Granic aż w 98 procentach finansowane są z darowizn od osób prywatnych.

W ciągu tych 28 lat pracowaliśmy w tak trudnych warunkach, jakich w Polsce nie ma i widzieliśmy choroby, problemy zdrowotne, zaniedbania rozwojowe, które polscy lekarze znają już tylko z podręczników. Niełatwo pracować w miejscach, gdzie czasem o wykonaniu USG można tylko pomarzyć, a dostęp do pacjentów trzeba negocjować ze wszystkimi stronami konfliktu, tak jak np. na Sri Lance. Stąd tak ważne jest pozyskiwanie funduszy na działania, które są niezależne od polityków i rządów. Są to np. zapisy w testamentach. Tylko w 2024 r., prawie co piąty projekt Lekarzy bez Granic finansowany był właśnie dzięki takim darowiznom.

Lekarze bez Granic nie zastępują lokalnych lekarzy, położnych, pielęgniarek, pracowników innych specjalności, ale zawsze z nimi współpracują, wspierając miejscowe placówki medyczne, lub tworząc nowe tam, gdzie ich nie ma. Ale też nasza praca ma inne przesłanie. Często dajemy świadectwo za tych, którym prawo do wolności, własnej opinii i własnego życia odebrano…

Czy wiesz, że możesz w swoim testamencie przekazać część swoich dóbr, na bliski Tobie cel społeczny? Aby dowiedzieć się jak obdarować w testamencie Bliskich i wesprzeć działania organizacji pozarządowych pobierz bezpłatny INFORMATOR TESTAMENTOWY i WESPRZYJ CEL SPOŁECZNY W TESTAMENCIE. 

Katarzyna Russell
jest Bohaterką 10. edycji ogólnopolskiej kampanii społecznej pn. „Napisz Testament – Zapisz Dobro, które Trwa”, której celem jest zachęcenie do spisywania testamentów i uwzględniania w nich organizacji pozarządowych tworzących dobrą przyszłość. Kampanię realizuje Koalicja organizacji pozarządowych NAPISZ TESTAMENT.